fbpx

W POWIATACH

Kampania w cieniu krzyża. Bez refleksji, bez zahamowań, bez rozumu

fot. Adrian Biel

Pod koniec września na ogrodzeniach dwóch częstochowskich kościołów oraz Jasnej Góry pojawiły się banery wyborcze kandydatów Prawa i Sprawiedliwości. Księża, do których dotarliśmy przyznali, że pozwolili je umieścić. Kuria z kolei twierdzi, że takiej zgody nie było. Pomijając już to kto z przedstawicieli duchowieństwa oszczędnie w tym przypadku gospodaruje prawdą, w całej sprawie uwagę zwraca inny wątek. Chodzi o nerwową reakcję senatora PiS i podjętą przez niego próbę wywarcia nacisku na niezależne media.

– „Postanowiłem w tegorocznej kampanii parlamentarnej swoje materiały wyborcze eksponować wyłącznie w miejscach do tego wyznaczonych i na prywatnych posesjach za zgodą właścicieli. Stop zaśmiecaniu miasta” – napisał 6 września na swoim facebook’owym profilu Artur Warzocha, częstochowski senator Prawa i Sprawiedliwości oraz kandydat tego ugrupowania w nadchodzących wyborach.

Trudno nie ucieszyć się z takiej deklaracji. Od szeregu lat, w okresie kampanii wyborczej, politycy zamieniają ulice w śmietnik. Niejednokrotnie porozrywane w wyniku oddziaływania czynników atmosferycznych reklamy, zwisają z lamp, ogrodzeń czy słupów energetycznych. Każda próba ucywilizowania chaosu, jaki przed wyborami dewastuje przestrzeń publiczną, zasługuje tym samym na uznanie.

Zdumienie wzbudziło jednak alternatywne rozwiązanie, jakie kandydat Warzocha czy też jego stronnicy, znaleźli dla przytoczonej wcześniej chęci zastopowania skali kampanijnego bałaganu. Jego banery pojawiły się bowiem na ogrodzeniach kilku obiektów sakralnych w Częstochowie. Mając w pamięci wspomniany wcześniej wpis polityka na facebook’u, w wysłanym mailu próbowaliśmy dociec, w której z wymienionych przez niego kategorii mieszczą się ogrodzenia kościołów?

Interesowało nas także to czy Artur Warzocha nie uważa, że ekspozycja banerów na przykościelnych płotach narusza pewne sacrum i jednocześnie stanowi formę uwikłania Kościoła katolickiego w agitację wyborczą? I w końcu chcieliśmy dowiedzieć się czy nie ma on wrażenia, że umieszczenie reklamy politycznej w takich miejscach nie jest czymś niewłaściwym?

Podobnej treści mail wysłany został też do drugiego z kandydatów, którego banery znalazły się obok tych, które promowały wspomnianego polityka. Dla Grażyny Matyszczak, szefowej biura poselskiego Szymona Giżyńskiego, nie stanowiło problemu, by spokojnie i rzeczowo się do nich odnieść. Przyznała się do niedopatrzenia biorąc winę na siebie. Przesłane pytania nie spodobały się jednak senatorowi, który podczas telefonicznego kontaktu z redakcją dawał wyraźny upust swojej złości. Warzocha podczas rozmowy reagował z niczym nieuzasadnioną histerią.

– W jaki sposób ty zadajesz pytania? Ty mnie chcesz rozgrzeszać za sprawy etyczne? – grzmiał gniewnie. – Ja walczę o każdy głos z konkurencją. Ty się tym artykułem dołożysz, żeby mnie dobić. Zrobisz dobrze Baltowi, Marszałkowi, Koniecznemu i Matyjaszczykowi. Jedziesz w tej chwili po mnie. Oczerniasz mnie tymi pytaniami w oczach opinii publicznej. Jeśli będziesz ten temat dalej drążył i Konieczny zostanie senatorem, a nie ja, to ci wtedy postawię flaszkę. Uważam, że w mojej przegranej będziesz miał wielki udział – dawał upust swoim emocjom Artur Warzocha, sprawiając jednocześnie wrażenie desperata na zapas szukającego winnego swojej ewentualnej wyborczej porażki.

Zarówno nazbyt impulsywna reakcja przewrażliwionego senatora, jak i fakt, że już samo zadanie pytań przez dziennikarza parlamentarzysta uznał za rzekome oczernianie w oczach opinii publicznej, wydają się stanowić niespotykane kuriozum. Tym bardziej, iż polityk powinien mieć świadomość, że podlega nieustannej ocenie i każda forma podejmowanych przez niego działań w sferze publicznej może być swobodnie komentowana i poddawana krytyce. O ile samo formułowanie pretensji o stawiane pytania można jeszcze uznać – w przypadku osoby aspirującej do poważnego stanowiska, za zachowanie mało poważne – o tyle karygodne jest podejmowanie prób mających wywrzeć presję i doprowadzić do zaniechania publikacji artykułu prasowego.

– Miałem plany wobec ciebie. Jeszcze dwa miesiące temu chciałem żebyś mi wydrukował gazetę na wybory – kontynuował tym razem na miękko próbując szantaż emocjonalny zastąpić formą jakiejś zakamuflowanej propozycji nie do odrzucenia o charakterze wyraźnie wstecznym. – Przyślę oficjalne stanowisko. Zastanów się. Jako mieszkańcy tego miasta jedziemy na tym samym wózku i za moment będziesz miał wszędzie „czerwoną gębę” – dodał na koniec.

O tym czy w Senacie znajdzie się, jak to ujął Artura Warzocha, „czerwona gęba” czy też ta należąca bezpośrednio do niego, zależy od wyborców. Rolą dziennikarzy jest jedynie obiektywnie przedstawić zaistniałe fakty. Dlaczego senator nie zechciał w spokojny i wyważony sposób zaprezentować swojego punktu widzenia? Nie wiadomo. Gdyby jednak od początku studził swoje emocje, cała sprawa nie niosłaby za sobą tylu kontrowersji. Po zakończeniu rozmowy telefonicznej parlamentarzysta przysłał esemesa.

– Była to inicjatywa parafian, którzy deklarują poparcie dla mojej kandydatury w wyborach do Senatu. Nie byłem nawet o tym poinformowany i nawet nie widziałem tego baneru, który podobno wisiał tam kilka dni. O całej sprawie dowiedziałem się z publikacji „Gazety Wyborczej”. Obecnie nie ma już tam mojej reklamy. Nie wiem kto to usunął – napisał.

W międzyczasie, zanim jeszcze materiały wyborcze zostały zdjęte z ogrodzeń kościołów, temat podjęły lokalne media. Nasza redakcja postanowiła pójść dalej i sprawdzić czy poza uprzywilejowaniem wynikającym z przynależności do ugrupowania, które z sojuszu tronu z ołtarzem uczyniło oczywistą oczywistość, zwykły obywatel ma możliwość komercyjnego wynajęcia parafialnej przestrzeni reklamowej?

– Nie ma możliwości umieszczenia tam żadnej reklamy. To jest zabytek – odparł zdecydowanie ks. Andrzej Sobota, proboszcz parafii Podwyższenia Krzyża Świętego, który zarządza także małym kościółkiem p.w. Pana Jezusa Konającego przy Rynku Wieluńskim. To tam pojawiły się banery Artura Warzochy oraz posła Szymona Giżyńskiego, jego mentora oraz przewodnika po politycznych meandrach i imponderabiliach. Biura obu parlamentarzystów znajdują się nieopodal tego miejsca. 

– Ale wiszą tam kandydaci do parlamentu, więc jak się stało, że się tam pojawili? – dociekaliśmy.

– Do widzenia. Proszę przyjść do mnie do kancelarii, to panu wytłumaczę. Teraz rozmawiam z kimś innym. Do widzenia – okazało się nagle po blisko dwuminutowej rozmowie, iż ksiądz prowadzi równolegle jeszcze jedną konwersację. Nasza została niestety przerwana. Duchowny się rozłączył.

Na dłuższą rozmowę udało się natomiast namówić ks. Krzysztofa Knurzyńskiego. Proboszcza parafii św. Teresy od Dzieciątka Jezus w dzielnicy Dźbów odwiedziliśmy na plebanii.

fot. Adrian Biel

– Jesteśmy zainteresowani reklamą na ogrodzeniu kościoła. Czy także możemy je wynająć? Prowadzimy działalność gospodarczą, chcemy uczciwie zapłacić – jasno przedstawiliśmy z czym przychodzimy.

– Nie, tam jest tylko parafianin i koniec – odrzekł kapłan.

– Ale jak parafianin? – nie dawaliśmy za wygraną.

– Ten, który tam wisi na banerze – padła odpowiedź.

– Artur Warzocha? – kontynuowaliśmy rozmowę z duchownym.

– Nie Warzocha, tylko Sowa. A Warzocha jest tylko przy okazji Sowy – odparł ks. proboszcz.

– No dobrze, ale rozumiem, że wynajęli sobie to miejsce? – nie odpuszczaliśmy.

– Trudno mówić o wynajmowaniu. Ja tylko się dla niego zgodziłem. Ze względu na wzgląd – wybrnął poetycko.

– A gdyby chciał się tu powiesić inny kandydat. Na przykład z Platformy Obywatelskiej? – zapytaliśmy.

– Nie, dziękuję. Sowa coś zrobił dla parafii i dlatego jestem mu za pewne rzeczy wdzięczny. A co do Warzochy, to Sowa mnie prosił i się zgodziłem. Niech będą w parze, ale widzę, że wy mnie tu spowiadacie, a to powinno być odwrotnie – odparł duchowny.

Chcieliśmy ustalić czy według księdza takie ostentacyjne angażowanie się w kampanię wyborczą i wieszanie banerów na kościelnym płocie to nie jest przesada?

– A jak mszę odprawiam i mam któregoś z lewicy przed oczami? Też muszę na niego patrzeć – wypalił niespodziewanie bez ogródek.

Z maila, który częstochowska kuria przesłała w piątkowy poranek 20 września w odpowiedzi na nasze pytania można przeczytać, że przestrzeń sakralna oraz obiekty kościelne, w tym także ich ogrodzenia, nie mogą być wykorzystywane do agitacji wyborczej żadnej opcji politycznej.

– W sytuacjach, gdy zostanie stwierdzone naruszenie tej zasady, podejmowana jest interwencja oraz ustalenia okoliczności, w których plakaty lub banery zostały tam umieszczone. Niestety często dzieje się to bez zgody zarządców obiektów. Właściciele tychże materiałów są zobowiązywani do natychmiastowego ich usunięcia, a w przypadku braku reakcji, mają to obowiązek uczynić zarządcy – napisał ks. Mariusz Bakalarz, rzecznik prasowy kurii.

– Rozmawialiśmy z proboszczami parafii św. Teresy od Dzieciątka Jezus oraz Podwyższenia Krzyża Świętego i z tych rozmów jasno wynika, że udzielili takowej zgody. Czy w tym wypadku kuria nakaże wspominanym duchownym usunięcie banerów wyborczych? – dopytywaliśmy.

– Owszem, zostanie im nakazane zwrócenie się do właścicieli materiałów o ich usunięcie lub uczynienie tego samodzielnie – odpisał w kolejnym mailu.

Tego samego dnia po południu w internetowym wydaniu częstochowskiego dodatku Gazety Wyborczej ukazała się wypowiedź ks. Bakalarza, która prezentowała zupełnie inną wersję zdarzeń.

– „Ustaliliśmy, że plakaty zostały umieszczone bez zgody zarządców poszczególnych obiektów i mają być niezwłocznie usunięte” – można było w niej wyczytać.

Skąd ta rozbieżność? Przecież wspominaliśmy przedstawicielowi kurii, iż banery zawisły za zgodą kapłanów?

– Taką informację uzyskaliśmy wczoraj wieczorem po kontakcie telefonicznym z proboszczami – odpisał tym razem ks. Mariusz Bakalarz.

Zarówno baner Artura Warzochy, jak i innych kandydatów z listy PiS nadal wisi na parkanie okalającym Jasną Górę przy ulicy św. Jadwigi.

Newsletter

Poruszanie się wzdłuż DK 91 naraża życie i zdrowie. Wójt apeluje do parlamentarzystów o wsparcie

Kłomnice

Maskpol na krawędzi bankructwa? W sprawie spółki interweniuje były wicepremier i minister obrony

Panki

Jednostka OSP w Zawadzie ma już sto lat. Druhowie zapraszają do wspólnej zabawy

Kłomnice

Delegacja z KRUS-u przyjechała do Kosek, by jednej z mieszkanek zaśpiewać z okazji setnych urodzin

Panki

Newsletter